Archiwum dla kategorii 'Wywiady'

Małgorzata Kożuchowska - W życiu nie ma przypadków

23-10-2006


Niektóre gazety pisały, że w “Dlaczego nie!” zagra Pani złą macochę. Kim naprawdę jest Pani bohaterka?

Renata to dyrektor artystyczny agencji reklamowej, w której będzie produkowana reklamówka perfum Ani Przybylskiej. Jest nowoczesna, zdecydowana, pewna siebie, kreatywna? A przynajmniej tak sama o sobie myśli. Chyba lubi rządzić? No i podkochuje się w Janku!

Filmowa Renata jest gotowa iść do celu choćby i po trupach? Pani też bywa tak bezwzględna? 

Nie, ja wyznaję filozofię: nie rób drugiemu, co tobie niemiłe! I myślę, że dobro, które tworzymy i wysyłamy do ludzi, kiedyś do nas powróci. A jeśli walczymy nieczysto, to ktoś kiedyś uderzy w nas w taki sam sposób.

Na planie “Dlaczego nie!” występuje Pani w nowej fryzurze - z krótkimi włosami. Zmieniła Pani wygląd specjalnie na potrzeby filmu?

Nie, to tylko zbieg okoliczności - ale szczesliwy! Zadzwoniła do mnie p. Ilona Łepkowska, z pytaniem, czy nie chcę przypadkiem obciąć włosów, bo to by jej świetnie pasowało do scenariusza “M jak Miłość”… W pierwszym odruchu powiedziałam: “Nie!”. Ale po godzinie pomyślałam: “Czemu nie? Może to właśnie dobry moment na zmianę?”. A później, gdy już miałam nową fryzurę, zadzwonili do mnie pan Tadeusz Lampka i Ryszard Zatorski i zaproponowali rolę w “Dlaczego nie!”. Gdy pierwszy raz zobaczyli mnie z krótkimi włosami powiedzieli: “To jest Renata!”. Wtedy pomyślałam: “W życiu nie ma przypadków!”.

Ale wychodząc z planu “Dlaczego nie!” ukrywa Pani fryzurę pod czapką? Źle się Pani z nią czuje?

Nie, wręcz przeciwnie! Tylko, że znam sile prasy. Wiem, że prędzej, czy później moja fryzura stanie się sensacją. Więc postanowiłam to wykorzystać. Pomyślałam o fundacji Ewy Gorzelak - mojej koleżanki aktorki, która pracuje z dziećmi z Centrum Zdrowia Dziecka, z oddziału onkologii. Ewa organizuje wyjazdy chorych dzieci na wakacje. A ja sprzedałam wyłączność na pierwsze zdjęcia z krótkimi włosami jednej z gazet - właśnie w zamian za wsparcie fundacji. I by żaden paparazzi tego wizerunku nie wykradł, chodzę w czapce.
Dlaczego właśnie taki cel - wyjazdy dzieci?

Chore dzieci właściwie nie mają dzieciństwa. Nie wyjeżdżają na normalne kolonie, bo nikt nie chce ryzykować - potrzebują przecież stałej opieki. A gdy jadą na obóz we własnym gronie, nie tylko są bezpieczne - bo pod kontrolą lekarzy - ale czują się też dużo pewniej. Są bardziej swobodne. Nikomu nie muszą tłumaczyć, dlaczego po chemioterapii wypadły im włosy. Albo dlaczego mają na ręku wenflon. Taki wyjazd to jedna z fajniejszych i piękniejszych rzeczy, które możemy im podarować.

I pieniądze z jednej sesji na to wystarczą?

Niezupełnie! Jeden dzień pobytu chorego dziecka na wakacjach kosztuje 86 zł. Na stronach fundacji będzie można kupić moje zdjęcia - z odręcznym podpisem i podziękowaniami - za 43 zł, czyli za połowę wakacyjnej dniówki. Bardzo liczę na ludzi, którzy zechcą się do tej akcji dołączyć. I na kolegów artystów - może któryś też ma jakiś szalony pomysł, jak zebrać pieniądze? Sharon Stone wystawiła kiedyś na aukcji swój pocałunek? I licytowana suma była gigantyczna! Więc, kto wie?

Monika Obara - Nawet, gdyby facet był ze złota…

23-09-2006

  • W serialu Elka, by zdobyć Stefana, nie cofa się przed niczym: kłamie, snuje intrygi, wpycha mu się na siłę do łóżka… Byłaby Pani zdolna aż tak oszaleć na punkcie mężczyzny?
    A wie Pani, że ostatnio często rozmawiamy na ten temat z dziewczynami na planie… Zastanawiamy się, czy takie zachowanie jest w ogóle możliwe. I zdania są podzielone. Podobno bywają kobiety aż tak zawzięte, ale… Ja nie walczyłabym tak o faceta nawet, gdyby był ze złota! Choć, gdy się zakochuję, to na całego!
  • A co gdyby taka Elka wzięła na celownik Pani ukochanego?
    O Matko, zabiłabym! To znaczy najpierw próbowałabym z nią poważnie porozmawiać, ale znając moją postać, to i tak nic by nie dało… A na poważnie: kochając mężczyznę, chcę mieć do niego pełne zaufanie. Więc byłabym zazdrosna, ale starałabym się nie zwracać na intrygi uwagi i żyć normalnie.

  • A jaki jest Pani ideał mężczyzny? Przypomina serialowego Stefana? Nie ma ideałów! To slogan, ale dla mnie idealny będzie po prostu mężczyzna, który mnie pokocha na dobre i na złe - jak w serialu. Dobry, wyrozumiały… Ktoś, z kim można zarówno się pośmiać, jak i popłakać. No i przede wszystkim musi rozumieć, jak ważne jest dla mnie aktorstwo. To zawód, który pochłania bardzo dużo czasu i bardzo dużo serca. I mój mężczyzna musiałby to zaakceptować.

  • Od czasu, gdy zaczęła Pani grać w “M jak Miłość”, straciła Pani sporo kilogramów… Stres na planie?
    Nie, po prostu wróciłam do swojej normalnej wagi. A przytyłam na IV roku studiów: z braku czasu jedliśmy wtedy głównie jedzenie na wynos, do tego próbowałam rzucić palenie…

  • “Próbowałam”? Czyli jednak się Pani nie udało?
    Nie. Po pierwsze, wokół paliło zbyt wiele osób. A po drugie, koniec studiów, praca nad dyplomem, zbliżająca się premiera… to jednak duży stres. Każdy stara się wypaść jak najlepiej.

  • I udało się? Nie było na scenie żadnych wpadek?
    Wręcz przeciwnie! Pamiętam mój pierwszy dyplom - przedstawienie “Tajemna ekstaza”, które graliśmy w sześć osób. Jestem strasznym goterem - czyli, mówiąc fachowo, łatwo się “gotuję”. Wtedy, siedząc na proscenium, nagle zaczęłam chichotać. Za nic nie mogłam tego opanować. I to poszło jak domino… Po kilku minutach śmiała się już cała nasza szóstka. Jeden z kolegów uciekł za kulisy - żeby dłużej się nie kompromitować. Mógł sobie na to pozwolić, bo nie miał akurat żadnego tekstu. Ale my musieliśmy odegrać bardzo dramatyczną scenę… Widzowie byli kompletnie zdezorientowani. A my, patrząc na ich miny, śmialiśmy się jeszcze bardziej. Tego naprawdę nie dało się opanować! Ale i tak mieliśmy tego dnia szczęście: na spektaklu nie było reżysera. Gdyby nas wtedy zobaczył, od razu by zabił!

  • Jaka naprawdę jest Monika Obara - widziana oczami Moniki Obary? Choć ze dwie wady…
    Wada numer jeden: impulsywność. Często wybucham, mam zmienne nastroje… Ale staram się, by inni tego za bardzo nie odczuwali.
    Wada numer dwa: lenistwo. Ale nie w momencie, gdy pracuję - wtedy jestem szczęśliwa i bez problemu mogę nawet zarywać noce! Za to, gdy mam kilka dni wolnego, czasem nie chce mi się nawet wziąć do ręki książki… A już najgorsze jest załatwianie nudnych spraw urzędowych: chyba jeszcze nigdy nie zapłaciłam czynszu w terminie…

  • A zalety?
    Punktualność. Nienawidzę się spóźniać i nie lubię tego u innych.
    A poza tym otwartość. Lubię poznawać nowych ludzi i nigdy nie chowam urazy. Choć to akurat bywa wadą, bo wiele osób mnie już przez to wykorzystało.

  • Ulubiona pora roku?
    Lato. Uwielbiam słońce i kocham ciepło - jestem strasznym zmarzluchem! Wiosna też jest piękna, ale wtedy czuję jakąś melancholię… A lato to pełnia życia!

  • Ulubiona pora dnia?
    Wieczór, gdy już wszystko jest pozałatwiane i można usiąść z przyjaciółmi, napić się herbaty… Nie cierpię za to poranków - zwłaszcza, gdy muszę wstać o 5-tej lub 6-tej rano!

  • Ulubione miejsce w domu?
    Łazienka. Bardzo lubię wylegiwać się w wannie, przy świecach, z olejkami zapachowymi i dobrą książką… To najlepszy sposób na relaks.

  • Urodziła się Pani w Lublinie, studiowała w Łodzi, teraz pracuje w Warszawie… Które z tych miast jest Pani najbliższe? Gdzie czuje Pani, że naprawdę jest w domu?
    Na pewno mieszkanie, które niedawno kupiłam w Warszawie, to mój pierwszy, “dorosły” dom. Ale stolica trochę mnie przytłacza: jest zbyt duża, zbyt głośna, za szybko się w niej żyje… Jeszcze do niej nie przywykłam. Za to Lublin naprawdę kocham. Tam wszystko wydaje mi się bardziej kameralne, proste, ciche… Tak, jakby wokół wolniej płynął czas. I naprawdę wypoczywam tylko w Lublinie, w domu rodziców.

  • Jaką, najważniejszą rzecz przekazali Pani rodzice?
    Chyba właśnie to, jak ważna jest rodzina i więzi między rodzicami, dziećmi, dziadkami… Mam świadomość, że zawsze mogę na nich liczyć - i to bardzo mi w życiu pomaga. Poza tym rodzice nauczyli mnie, że pieniądze nie powinny rządzić ludźmi. Że nigdy nie mogą przesłonić reszty świata. I że ludzi trzeba po prostu kochać. Starać się szanować i zrozumieć każdego człowieka. Nikogo nie spisywać na straty, nawet największego wroga.

  • Dużą ma Pani rodzinę?
    Z rodzeństwem jest słabo - mam tylko starszego brata. Za to mój Tata miał aż sześcioro rodzeństwa, więc nie brakuje mi wujków, braci i sióstr ciotecznych. Kiedyś na Wigilię urządziliśmy zlot całej rodziny. Zebrało się chyba z 50 osób - jednej trzeciej w ogóle nie znałam… To było niesamowite przeżycie! Żałuję, że podobnych zjazdów jest tak mało. I mam zamiar to zmienić! Jak tylko w Warszawie stanę na nogi, na pewno jeden zorganizuję.

  • Podobno jedna z Pani pasji to motocykle…
    Tak, marzę, by kupić motor… Jadąc na motocyklu czuje się niesamowitą wolność - to nie to samo, co siedzenie w “budce” samochodu. I nie rozumiem, dlaczego panuje stereotyp, że motocykliści tylko dużo piją, biją się i mają wszystko gdzieś! Nie powiem, że nie biorą piwa do ust, ale do pubów równie często chodzą prawnicy czy lekarze… Gdy miałam 15 lat, na pierwszych wakacjach, które spędzałam bez rodziców, poznałam grupę motocyklistów - od razu byłam zafascynowana! No i moją pierwszą prawdziwą, długotrwałą miłość przeżyłam właśnie z mężczyzną, którego pasją były motocykle… Ci ludzie są niesamowicie otwarci. Na zlotach spotykają się profesorowie, naukowcy i faceci, którzy skończyli tylko zawodówkę. I zawsze mają o czym porozmawiać, łączy ich prawdziwa pasja. Poza tym ludzie w tym środowisku bardzo się wspierają. Gdy na paradzie komuś zepsuje się motor, żeby mu pomóc staje cała parada. To niezapomniane chwile.

  • Ostatnie pytanie: na serialowym czacie na pytanie o ulubione zwierzę odpowiedziała Pani, że krowa…
    Bo uwielbiam krowie łaty! I mam sporą kolekcję zdobionych nimi przedmiotów - głównie prezentów od znajomych. Gdy na studiach mieszkałam w Łodzi, pomalowałam nawet w biało-czarne łaty toaletę. Ale teraz od tego odchodzę: dom w Warszawie będzie już bez łatek. Choć oglądałam ostatnio z Mamą “krowią” glazurę… I nawet przez chwilę się nad nią zastanawiałyśmy. A co do zwierząt: tak naprawdę, to uwielbiam wszystkie! Nie tylko krowy. I już nie mogę się doczekać końca remontu, gdy w końcu kupię sobie psa albo kota!
  • Agnieszka Warchulska - Jak kolorowy ptak

    10-09-2006

    • W “M jak Miłość” gra Pani Alicję - choć zjawiła się w Grabinie niedawno, od razu wywróciła życie Mostowiaków do góry nogami. Pani zdaniem, to postać negatywna, czy pozytywna?
      W życiu mało jest ludzi, którzy są krystalicznie dobrzy, albo całkowicie źli. I Alicja też nie jest jednowymiarowa. Cieszy mnie za to, że jest taką “maksymalistką”: jak się cieszy, to maksymalnie, jak się wkurza, to idzie na całość. Jest bardzo kolorowa.

    • A jak na Alicję reagują widzowie?
    • Zwykle bardzo pozytywnie. Jeden z taksówkarzy powiedział mi nawet: “Nareszcie pojawiła się kobieta z jajami!”. Mam nadzieję, że to był komplement… Ale mimo wszystko, takie spotkania z widzami trochę mnie krępują. Gdy idę ulicą, ludzie widzą we mnie Alicję, albo jakąś kolejną bohaterkę, a ja jestem “tylko” Agnieszką Warchulską. Gdy kończę pracę, całkowicie odcinam się od granej postaci. Kilka razy, zamiast w kostiumach, wystąpiłam przed kamerą we własnych ubraniach. I później tego żałowałam. Gdy zdjęcia się skończyły, nie umiałam już tych ubrań nosić. Musiałam je oddać - czułam, że należą do roli. To już nie była “moja skóra”.
    • Jest Pani podobna do Alicji? Widzi Pani u niej cechy, które sama posiada? Albo wręcz przeciwnie…
      Przede wszystkim, nie akceptuję flirtowania z cudzymi facetami - podczas, gdy Alicja robi to notorycznie… Poza tym ona jest takim barwnym ptakiem: zawsze musi mieć pomalowane paznokcie, dużo czerwieni, coś, co będzie błyszczeć… Ja na co dzień zachowuję się i ubieram zupełnie inaczej. Ale podoba mi się jej zdecydowanie - i to chyba mamy wspólne. Jak już postanowię, że coś chcę zrobić, to się tego trzymam.
    • A zmysł do interesów?
      Podobno Byki mają do tego talent… Ale ja jestem tego zaprzeczeniem! Nigdy nie miałam takich ciągot. Choć podziwiam ludzi, którzy robią wielkie fortuny, prowadzą biznesy…
    • Skoro wspomniała Pani o zodiaku… Jak “bycza” jest Agnieszka Warchulska?
      “Bycze” jest budowanie domów, firm… Konstruowanie czegoś wielkiego, branie odpowiedzialności za innych. Spod tego znaku jest wielu księgowych, kapitanów okrętów… Ale ja kompletnie do tego nie pasuję! Z Byka mam może tylko to, że lubię ładne, dobrze zrobione rzeczy. I porządek. Ale to raczej nie wynika z horoskopu, tylko z przerażenia chaosem tego świata. Gdy już wszystko sobie poukładam i zaplanuję, co będę robić w przyszłym tygodniu, czuję, że mam czego się trzymać, że mam na coś wpływ. I nie wszystko dzieje się w życiu przypadkiem.
    • Tak bardzo boi się Pani przypadku?
      Można kogoś bardzo kochać i z dnia na dzień dowiedzieć się, że ten ktoś jest chory i od nas odchodzi. Można być na wspaniałych wakacjach i wsiąść do samolotu, który się rozbije. Siedzimy sobie teraz w kawiarni, wokół piękna wiosna, ale w tym samym momencie wiele osób w Polsce ma poważne problemy, by zapłacić najprostsze rachunki. W jednej sekundzie wszystkie nasze marzenia, plany i miłości mogą wziąć w łeb. Człowiek jest bardzo kruchy. Wydaje nam się, że mamy jeszcze tyle do zrobienia, że panujemy nad naszym życiem… Ale wystarczy kawałek ostrego przedmiotu i… ciach! To mnie przeraża.
    • Wiele kobiet, bez względu na urodę i talent, nosi w sobie masę kompleksów…
      Ja, generalnie, szukam w życiu pozytywów. Jak jestem na jakimś zakręcie, to oczywiście: czuję się stara i brzydka. Przeszkadzają mi zmarszczki na czole, podpuchnięte oczy, czuję, że powinnam 10 kilo schudnąć itd. Ale gdy jest mi w życiu dobrze, twierdzę, że zmarszczki na czole to moja wizytówka. Świadczą o tym, że jestem kobietą myślącą i inteligentną… Więc na pewno nie zamierzam usuwać ich skalpelem!
    • Ma Pani jakieś hobby? Sposób na relaks?
      Uwielbiam tańczyć. Kiedyś nawet bardziej chciałam być tancerką, niż aktorką. Muzyka towarzyszy mi na każdym kroku. Często, gdy pracuję nad rolą, szukam dla mojej postaci jakiejś melodii, motywu, który by mi ją przypominał. Na przykład, gdy grałam Chimenę w “Cydzie”, znalazłam kawałek flamenco, który po prostu mnie prześladował. Gdy nie mogłam się skupić wystarczyło, że go usłyszałam i od razu wchodziłam w rolę.
    • A jaką muzykę dobrała Pani do Alicji?
      Dla niej nie szukałam. Dlatego, że Alicja wciąż bardzo się w serialu zmienia - co chwila dowiaduję się o niej czegoś nowego. Ale na pewno byłaby to jakaś melodia szybka, taka “muzyka miejska”.
    • Kiedy zdecydowała Pani, że zostanie aktorką? Marzenie z dzieciństwa?
      Nie, aktorstwo jakoś nigdy specjalnie mnie nie pociągało. Zresztą najpierw zdałam na anglistykę. Tylko, że studiując poczułam, że mam w sobie jakiś głód: świata, emocji, przeżyć… Wtedy znalazłam ogłoszenie o naborze do studia teatralnego. Pomyślałam, że to będzie taki oddech: od wykładów, laboratorium językowego… I jakoś się wciągnęłam. Na egzamin do szkoły teatralnej namówiła mnie Dorota Pomykała. Ale gdybym nie zdała za pierwszym razem, pewnie dałabym sobie spokój. Mam poczucie, że trzeba ogromnej odwagi i ogromnej pracy, by swoją osobą zawracać głowę widzom.
    • Tak na koniec, mogłaby Pani dokończyć zdania? Zawsze poprawia mi humor…
      …lampka czerwonego wina. I dobra muzyka.
    • Najchętniej dzień zaczynam od…
      …mocnego espresso.
    • Denerwuje mnie…
      …tak dużo rzeczy, że nie warto o tym mówić. Ale staram się z tym walczyć.
    • Uwielbiam…
      …życie jako takie.
    • Nigdy nie zaakceptuję…
      …znęcania się nad słabszymi. Wykorzystywania swojej przewagi: psychicznej i fizycznej.
    • Marzę…
      …by moje życie było nadal przynajmniej tak wspaniałe, jak do tej pory!

    Agnieszka Fitkau-Perepeczko - Tam jest niebo na Ziemi…

    02-09-2006

    Żyje w dwóch krajach jednocześnie: w Polsce i w Australii. Aktorka, pisarka, modelka -nigdy nie bała się wyzwań i ciężkiej pracy. Wyciskała soki z owoców dla gości klubu fitness, fotografowała żydowskie barmicwy i azjatyckie śluby, była redaktor naczelną znanego, polskiego miesięcznika… Dla “M jak Miłość” odkryto ją na przyjęciu w ambasadzie - tam wypatrzył ją w tłumie jeden z realizatorów serialu. Agnieszka Fitkau-Perepeczko: kobieta, która znalazła własne niebo na Ziemi.


  • Jak trafiła Pani do Australii?
    Zaczęło się dość niezwykle: od telefonu z “Mody Polskiej”, że mam wyjechać do Australii jako modelka i reklamować polską wełnę. Wybrano mnie z około 5 tysięcy kobiet - mimo, że z moimi kształtami raczej nie przypominałam szczupłych, płaskich dziewczyn z wybiegów. W dodatku, jak na modelkę, byłam dość stara, miałam już trzydzieści lat. Ale celowo nie szukano dziewczyny bardzo młodej: bano się, że nie udźwignie odpowiedzialności. Zaszaleje, zachłyśnie się sławą… Upije się i spadnie z wybiegu, albo z nadmiaru wrażeń, zapomni o umówionym spotkaniu. Ja byłam na to zbyt dojrzała. Wiedziałam, że sława jest tylko na chwilę. Ale i tak miałam problemy. Gdy Australia zaczęła nabierać rumieńców i szyto już dla mnie specjalną kolekcję strojów, nagle zaczęłam dziko chudnąć - z nerwów. W dodatku przestałam sypiać. W końcu trafiłam nawet do szpitala. Gdy sąsiadkom z sali mówiłam, że wybieram się do Australii, aby prezentować piękną kolekcję “Mody Polskiej” i polską wełnę, kobiety pukały się w czoło. Myślały, że pomyliłam oddziały: psychiatryk byłby lepszy… W końcu jednak doszłam do formy i wyjechałam. A na miejscu dostałam skrzydeł: pogoda niesamowita, wszyscy wokół traktowali mnie jak bóstwo…Gdy pod koniec pokazów wychodziłam w stroju narodowym, oklaskom nie było końca. Pamiętam, że gdy wróciłam znowu do Polski, zaraz po przyjeździe powiedziałam mojej mamie: “Tam jest niebo na Ziemi…”

  • I postanowiła Pani do nieba wrócić?
    Rok później pojechałam na drugie tournée - znowu reklamując polską wełnę. Ale na wyjazd na stałe zdecydowałam się dopiero w 1981 roku, kilka miesięcy przed stanem wojennym. Pojechałam w ciemno. Co prawda mieszkał już tam mój brat, którego zaraziłam moimi opowieściami o cudownej Australii, więc mogłam się u niego zatrzymać… Ale innych widoków na przyszłość nie miałam. To był naprawdę ciężki okres.
  • To wtedy została Pani fotografem?
    Tak. Pracowałam w restauracjach: robiłam zdjęcia klientom, którzy mogli je później ode mnie kupić. Fotografowałam też imprezy: wesela, chrzciny, wieczorki tańcujące… Żeby sprzedać zdjęcia, musiałam siedzieć w holu restauracji i czekać nieraz nawet do drugiej w nocy. Czasem wpadała jakaś chińska mafia… Kiedyś, na moich oczach, zwarło się dwóch Wietnamczyków: kilka sekund później jeden z nich leżał z dziurą w brzuchu. Te początki były naprawdę straszne: tak w tyłek nie dostałam jeszcze nigdy! Prawdziwa szkoła życia - ale egzamin zdałam. Ze wspólnikiem kupiliśmy dom, ale nie mieliśmy za co go ogrzać. Wieczorem kładłam się więc do lodowatego, wilgotnego łóżka, a rano wstawałam do łazienki, w której temperatura nie przekraczała 3 stopni. Na szczęście później pojawiło się w moim życiu trochę słońca: nabrałam pewności siebie, podszlifowałam język. Zagrałam nawet w kilku serialach.
  • I dojechał do Pani mąż…
    Tak. W sumie zabawił w Australii przez cztery lata. Ale nigdy nie czuł się tam dobrze. I nie miał możliwości dalszej kariery. Zresztą ja, gdybym wróciła z nim do Polski, też nie miałam gwarancji, czy znajdę pracę. A w Australii miałam już wtedy własną firmę fotografii rodzinnej i stałam się właścicielką połowy pięknego, wiktoriańskiego domu… pod wierzbą. Co prawda, żeby go spłacić, zrezygnowaliśmy z chodzenia do restauracji, a kino zastąpiły kasety z wypożyczalni… Ale i tak w Australię naprawdę “wrosłam”.
  • Australia uczyniła też Panią pisarką…
    Tak. Moja pierwsza książka powstała w momencie, gdy odszedł mój ukochany rotwailer Bucz. Tak naprawdę, na początku to był pies mojego brata. Oddał mi go, bo zamiast szczerzyć kły, tylko się do wszystkich…”uśmiechał”! Pamiętam, że gdy Bucz trafił w końcu do nas, mój kochany kot Prezes potwornie się obraził… Wlazł na drzewo morelowe, zrywał liście i rzucał nimi w Bucza! Ale później się do siebie przekonali. Bucz był ze mną ponad osiem lat, rozumiał każde moje słowo. Gdy umarł, przyjaciele radzili mi, żebym skupiła się na pisaniu. Ta książka miała być rodzajem terapii: dlatego opisałam w niej moje smutki i rozterki i moje australijskie radości. “Babie lato” odniosło w Polsce duży sukces.
  • Później napisała Pani jeszcze dwie książki - “Fascynacje kulinarne gwiazd” oraz “Fascynujące podróże gwiazd” - a dwie kolejne podobno już w drodze?
    Tak, są już, jak to nazywam, w “pieczeniu”, czyli porwali je w szpony pierwsi redaktorzy! Najpierw ukaże się książka o kulisach pracy przy serialu “M jak miłość”.
  • No właśnie, jak wyglądały Pani pierwsze kroki na planie serialu? Znała Pani w ogóle niemiecki?
    A gdzież tam! To było dla mnie niesamowicie trudne: roli uczyłam się przez telefon. Prosiłam, żeby znajomy czytał mi tekst po niemiecku, a ja to nagrywałam i zapisywałam wymowę. I przeklinałam chwilę, w której podpisałam umowę! Na początku na planie miałam spędzić tylko dwa dni. A później odcinków przybyło… I kiedyś, o piątej nad ranem - bo wtedy miewam najlepsze pomysły - leżąc w moim wiktoriańskim łóżku w domu w Australii, zaczęłam rozmyślać… Dlaczego by nie? W końcu “Fascynacje Kulinarne Gwiazd” były bestsellerem… Dlaczego nie napisać teraz o serialu skoro mam trochę czasu spędzić na planie?!? I stało się! Książka powstała!
    Przeplatam w niej własne felietony i wspomnienia z planu z wywiadami z kolegów aktorów reżyserów, scenarzystów….Jest tu wiele fantastycznych rozmów, bardzo prywatnych zwierzeń, naprawdę wspaniałych ludzi. Myślę, mam taką nadzieję, że mój czytelnik się nie zawiedzie. Bardzo ciekawie wypadła np. rozmowa z moim serialowym synem Steffenem, który zresztą mówi do mnie “mamo” także poza planem. W środku będzie też bardzo dużo zdjęć - część zrobiłam sama. Książka ukaże się na wiosnę 2005 r.
  • A skąd pomysł na tytuł?
    Jeszcze zanim powstała książka, w biurze promocji serialu pokazano mi wycinek prasowy z tytułem “Na plan nie wpuszczać!”. Dziennikarz napisał, że ledwo zagrałam w serialu przez dwa dni, a już zdążyłam napisać o nim książkę - w dodatku bardzo zabawną. A wtedy nie napisałam przecież jeszcze ani słowa! W pierwszej chwili miałam ochotę kupić bilet i uciec do Australii. Ale później pomyślałam, że skoro mam już pierwszą, dobrą recenzję …
  • A kolejna książka?
    To “Dom otwarty, czyli mój sposób na życie” - taka opowieść o moich przygodach kulinarnych, o przyjęciach, bankietach… O tym, co podał na obiad premier Australii, jak zorganizować w domu ślub lub “Black Party” oraz jak przyjąć gości na plaży… Oczywiście wszystko z przepisami.
  • W takim razie, jakie jest najbardziej oryginalne przyjęcie, na którym Pani była?
    Na przykład obiad, który Australijczyków po prostu rzucił na kolana: serwety z juty, przewiązane parcianymi sznurami, menu na zwykłym, szarym papierze do pakowania… I do tego tradycyjne, polskie jedzenie.
    Ale przyjęcie, które naprawdę wprawiło mnie w obłęd i przerażenie, zrobiłam niedługo po przyjeździe do Australii. Miałam wtedy w kieszeni zaledwie 300 australijskich dolarów - to był mój cały majątek. A brat zaplanował, że wydamy przyjęcie, na które złożymy się po 270 dolarów…
  • I było warto?
    Pamiętam, że na drzewie w ogrodzie siedziała czarnoskóra modelka w stroju ŕ la Josepfine Baker: tylko w przepasce z bananów… I stamtąd pozdrawiała gości. Do tego brat zamówił męskiego striptizera. Okazało się, że to nieśmiały, chudziutki chłopak, który chciał w ten sposób zarobić na studia… I był ciężko tym występem przerażony!
    Mieliśmy też kiedyś w ogrodzie party cygańskie, na którym wszyscy goście byli przebrani właśnie za cyganów. Australijczycy - co było ewenementem - bawili się, do piątej nad ranem i pod koniec śpiewali łamanym językiem: “Góralu czy ci nie żal”…
    W książce są też moje wspomnienia z dzieciństwa, z imprez, które urządzali moi rodzice. Bo mama, która urodziła się we dworku w Bobrownikach (jego zdjęcie, wraz z innymi pamiątkami, zdobi mieszkanie aktorki - red.) przeniosła szlacheckie tradycje przyjęć do kwaterunkowego mieszkania w realnym socjalizmie…
  • Skoro jesteśmy przy kulinariach… Jada Pani mięso kangurów?
    Tak, choć boli mnie przy tym serce, bo naprawdę uwielbiam zwierzęta! Ale bez mięsa mój organizm nie umie normalnie funkcjonować. Podobno tego wymaga moja grupa krwi, 0 Rh+, więc jem dla zdrowia. A właśnie mięso kangura jest najzdrowsze. Nie jest zanieczyszczone, bo kangurów nie hoduje się i nie karmi sztuczną paszą. Jadłam też strusia emu, krokodyla - choć był trochę gumiasty - rekina, który w Australii jest bardzo popularny… Z kolei Aborygeni żywią się pędrakami, które wygrzebują spod kory. Kiedyś byłam nawet w restauracji, w której je podawano, ale spróbowanie nawet nie wchodziło w grę!
  • Powiedziała Pani, że kocha zwierzęta… Głaskała Pani misia koala?
    Oczywiście! Jednego nosiłam nawet na ręku! A w moim domu żyją “posumy”, czyli oposy. Gdy przyjechała do mnie mama, pierwszej nocy w ogóle nie mogła zasnąć. Myślała, że w domu są duchy… A to były oposy, które chodziły po dachu. Dokarmiamy je chlebem z dżemem: po prostu to uwielbiają! Niestety, kiedyś kot Prezes zabił panią posumową, która w dodatku miała w torbie małego… Dzięki tej przygodzie już wiem, jak - w razie czego - wychować małego oposa: trzeba włożyć go do wełnianej skarpety, schować w szafie i karmić maleńkim smoczkiem mlekiem z wodą!
  • Ale pewnie są też w Australii zwierzęta niebezpieczne?
    Tak, głównie pająki. Takie wielkie paskudy - czarne, mechate, wielkości rozłożonej dłoni - które czasem wpadną do domu i zadekują się gdzieś w kącie na suficie, są podobno niegroźne. Ale człowiek i tak boi się trochę zasnąć… Za to naprawdę groźne są dwa małe, bardzo niepozorne pajączki, które Australijczycy nazywają “czerwony tył” i “biały ogon”. Siedzą czasem w ogrodzie pod kamieniami. Gdy ugryzą, bez surowicy można zakończyć życie. Groźne są też ryby, które wyglądem przypominają kamienie i zakopują się w dnie oceanu - bardzo łatwo na plaży można na nie nastąpić. Dlatego Australijczycy zwykle wybierają kąpiel w basenach.
  • Ostatnie pytanie: nie kusi Pani, żeby z Australii pojechać gdzieś dalej w świat?
    Nie, bo Australia ma do zaoferowania wszystko: dżunglę z deszczowym lasem, rafę koralową, plaże, pustynię i… uśmiechniętych, pogodnych ludzi…
  • Ivan Komarenko - Muzyka jak narkotyk…

    24-05-2006

    • Jaki, według Pana, jest Sasza? To skończony drań czy chłopak, którego spokojnie można przedstawić siostrze?

    To nie jest postać negatywna. W scenach, które ostatnio nakręciliśmy, Sasza jest egoistyczny, wykorzystuje innych. Ale wcześniej to był bardzo fajny chłopak. Nie wiem, jak ta postać rozwinie się dalej, ale rozumiem Saszę. I nie dziwię się, że czasami nie może się opanować. Ja, przebywając w Polsce 12 lat, wciąż borykam się z podobnymi problemami. I czasem też mam nerwy napięte do maksimum…

    • Jak zaczęła się Pana przygoda z Polską?
      Najpierw trafiłem do zakładu dla niewidomych w Laskach, do sióstr franciszkanek…

    • Miał Pan kłopoty ze wzrokiem?
      Jeżeli, to tylko w przenośni! Miałem 18 lat, byłem trochę w życiu zagubiony… Ale w końcu przejrzałem na oczy. Zrozumiałem, co jest naprawdę ważne. I wróciłem do Rosji, żeby zrobić maturę - choć to wcale nie było takie łatwe. Przez rok mieszkałem w koszmarnych warunkach. Potem przyjechałem znowu do Polski dopiero na studia.

    • Koszmarne warunki? To znaczy…
      Na przykład, że w nocy bałem się otworzyć drzwi, bo po korytarzu biegał jakiś pan z siekierą i gonił panią, która krzyczała, że mąż chce ją zarąbać… Po prostu: totalne slumsy. Ale starałem się nie zwracać na to uwagi. Zależało mi tylko na maturze. Spróbowałem dostać się w Irkucku ? bo tam mieszkałem - na lingwistykę, ale się nie udało. A później poznałem w kościele polskiego księdza Ignacego Pawlusa. I to on pomógł mi znowu wyjechać do Polski. A tutaj zacząłem studiować polonistykę.
    • Co w Rosji myśli się o Polakach? Panują jakieś uprzedzenia, stereotypy?
      Wobec Polaków? Ja się z tym nie spotkałem. Przynajmniej nie w regionie, z którego pochodzę: Irkuck, Krasnojarsk. Na wschodzie ludzie dobrze znają Polaków, bo wielu zamieszkało tam po zesłaniach. Zresztą z kumplami z Polski objeździłem całą Rosję i ludzie zawsze przyjmowali nas bardzo dobrze.
      Dokładnie! Bajkał pierwszy raz zobaczyłem dopiero, gdy wyjechałem do Polski! Mimo, że wcześniej mieszkałem zaledwie 300 km dalej. A gdy spojrzy się na mapę Rosji, to właściwie tuż obok, nad samym Bajkałem.

    • Pojechał Pan jako turysta do własnego kraju?
    • Polska to dla Pana przystanek docelowy? Zostanie Pan u nas na kolejne 12 lat?
      Tak, na pewno tak.
    • Więc pewnie chce Pan założyć tutaj rodzinę…
      Na razie nie, bo moja dziewczyna ? Nastia ? jest teraz we Francji. Ale to od Polski tylko o rzut kamieniem. Gdy mieszkała w Irkucku, była dużo dalej… Anastasija jest Rosjanką, z domieszką krwi koreańskiej. We Francji studiuje stosunki międzynarodowe. Nie widujemy się często, ale to może nawet lepiej, bo ostatnio w ogóle nie mam wolnego czasu. Nagrywamy z grupą (Ivan i Delfin ? przyp. red.) nowe piosenki, ciągle mamy koncerty i wyjazdy, do tego zdjęcia w serialu… Gdyby Nastia teraz do mnie przyjechała, pewnie siedziałaby w domu sama.

    • Planuje Pan sprowadzić do Polski resztę bliskich?
      Nie. Rozmawiałem o tym z mamą i wiem, że nie chce przeprowadzki. Zresztą Rosja to nie Irak czy Afganistan - tam da się normalnie żyć. Rozróby są tylko w Moskwie. Reszta kraju jest spokojna.

    • A można tam kupić płyty zespołu Ivan i Delfin?
      Nie. Jeszcze nie! Ale ostatnio w piosence na Eurowizję nagrałem jedną zwrotkę po polsku, a drugą po rosyjsku. Pora wykorzystać fakt, że jestem dwujęzyczny.

    • Dlaczego wybrał Pan właśnie nasz kraj? Ma Pan może polskie korzenie?
      Nie, to był przypadek. Albo przeznaczenie… A korzenie mam gruzińskie, estońskie, rosyjskie i koreańskie - podobnie, jak moja dziewczyna.

    • Brzmi egzotycznie…
      Z Korei pochodził mój dziadek.

    • Pamięta go pan?
      Oczywiście! Zresztą, gdy się urodziłem, żyła jeszcze nawet prababcia mojego dziadka. Miała ponad 120 lat! Pamiętam, że robiła na drutach bez okularów, choć do pisania listów już je zakładała. A dziadka bardzo lubiłem. Mimo, że miał twardy charakter. Mówił, że nas kocha tylko, gdy trochę wypił. Miał bardzo ciężkie życie. Gdy był dzieckiem, Japończycy zbombardowali pociąg, którym jechał. Matka zginęła na jego oczach. Czasami opowiadał, jak Japończycy znęcali się nad nim - i innymi Koreańczykami - zanim wkroczyli Rosjanie… To były zbrodnie wojenne. Gdy ktoś przeżył coś takiego, może czasem wyładowywać się na rodzinie. Teraz, po latach, rozumiem to. Choć jako dziecko myślałem, że dziadek jest zbyt brutalny. Dużo po nim odziedziczyłem. Pamiętam, jak śpiewał koreańskie piosenki. Wkładał w to całą duszę. Miał taki piękny, liryczny głos… Wydaje mi się, że całą ekspresję, dynamikę na scenie, mam właśnie po nim.

    • Zna Pan koreański?
      Tylko trochę. Dziadek zabraniał nam mówić w domu po koreańsku. Nie wiem, dlaczego.

    • Planuje Pan odwiedzić kiedyś Koreę?
      Tak, kiedyś na pewno tam pojadę. Moi rodzice mają nawet namiary na dalszą rodzinę.

    • A interesował się Pan kiedyś muzyką z Azji?
      Oczywiście! Bardzo dużo koreańskich piosenek zna moja babcia. Skończyła 73 lata i wciąż ma fenomenalną pamięć. Potrafi zaśpiewać piosenkę, która trwa godzinę i ma ze 20 zwrotek… A gdy pytam, skąd ją zna, mówi, że usłyszała kiedyś w dzieciństwie! Ja sam nauczyłem się piosenki po japońsku. Jest naprawdę piękna i bardzo liryczna. A że japoński brzmi podobnie do koreańskiego… Cenię moje azjatyckie korzenie i chciałem to jakoś podkreślić.

    • Czuje się Pan bardziej aktorem czy muzykiem?
      Muzykiem. Zdecydowanie! Śpiew, taniec, scena… Bez nich nie wyobrażam sobie życia. Muzyka jest dla mnie jak narkotyk: codziennie muszę zażyć odpowiednią dawkę dźwięków… Bez tego w moim mózgu po prostu coś nie zaskakuje.

    • Łatwiej jest Panu pisać teksty piosenek po polsku czy po rosyjsku?
      Właściwie nie wiem, bo wcześniej - w Rosji - nigdy nie pisałem piosenek. A teraz, gdy piszę po polsku, pomaga mi kolega.

    • A w jakiej wersji językowej Pan śni? Po polsku?
      Oczywiście, że tak. Śnię przecież o ludziach, których spotykam na co dzień w Polsce.

    • Ostatnie pytanie: trzy wady i trzy zalety Ivana Komarenki, według Ivana Komarenki…
      Trzy zalety?… Jeżeli można to uznać za zaletę, to jestem pracoholikiem. Czasami mam też zbyt dobre serce. Ostatnio coraz częściej ludzie podchodzą do mnie, żeby o coś poprosić, albo po prostu żeby porozmawiać… A ja nikomu nie odmawiam. Nawet, jeśli jestem zmęczony i tak naprawdę nie mam czasu. Myślę, że to cecha, która została mi z dzieciństwa. Wychowywałem się na wsi, nasz dom był zawsze otwarty, gdy przychodzili znajomi mogliśmy siedzieć do białego rana… I nie chcę tego w swoim życiu zmieniać. A trzecia zaleta? Myślę, że mam intuicję. I to bardzo często pomaga mi w życiu.

    • A wady?
      Dokładnie te same. Każda zaleta, jeśli ktoś przesadzi, zamienia się w wadę.

    Dorota Sadowska - Łepkowska prześwietliła moje życie

    24-04-2006

    • Pani zdaniem, Badecka to postać pozytywna czy negatywna?
      Oczywiście, że pozytywna! To głęboko zraniona kobieta. Jasne, że zemsta to zły pomysł na radzenie sobie z problemami. Ale przez Badecką przemawia ból. I wydaje mi się, że ona w pewnym momencie “pęknie”. Tylko chwilowo odczuwa satysfakcję, cieszy się z władzy nad osobą, która ją zdradziła. W końcu rozklei się - jak każda, zwykła kobieta.
    • Spodziewała się Pani, przyjmując rolę w “M jak Miłość”, że pani bohaterka stanie się w serialu tak ważna?

    W ogóle o tym nie myślałam. Zwłaszcza, że gdy dostałam rolę, planowałam na stałe osiedlić się za granicą. Wyjechałam z kraju, bo byłam zakochana we Francuzie: razem zamieszkaliśmy, dzieci chodziły we Francji do szkoły, ja znalazłam tam pracę… Ale zostałam zdradzona i wróciłam do Polski. I nagle postać Badeckiej stała mi się bardzo bliska: spotkała nas w życiu dokładnie taka sama sytuacja… Trochę tak, jakby Ilonka Łepkowska, pisząc scenariusz, spojrzała na mnie i prześwietliła całe moje życie.

    • Zemściła się Pani po zdradzie?
      Nie.
    • Dobrze się Pani czuła we Francji?
      Jak w domu. Kończyłam liceum Żmichowskiej, gdzie językiem wykładowym był francuski i ciągnęło mnie tam już zaraz po maturze. Ale od siedmiu lat byłam już wtedy z kimś związana, mieliśmy się pobrać… Więc gdy mój mężczyzna przyjechał do Francji i powiedział: “Dorota, do domu!”, posłusznie wróciłam za nim do Polski. Chciał dokończyć studia i po roku mieliśmy już razem wyjechać z kraju. Tylko, że w między czasie mój tata stwierdził, że przez cały rok nie mogę tylko się obijać. Postawił warunek: do pracy albo na studia! A że nie miałam ochoty na długą naukę do egzaminów, pomyślałam, że na aktorstwo zdać najłatwiej: wystarczy zapamiętać dwa wiersze. Dostałam się za pierwszym razem i… Od razu połknęłam bakcyla.
    • Ma Pani jakiś sposób na relaks, odpoczynek po całym dniu na planie?
      Mam dwójkę dzieci - Janka i Oliwkę - i to one relaksują mnie najbardziej. Są fantastyczne! Poza tym lubię chodzić do kina, pływać… Albo po prostu leżeć i nic nie robić.
    • Dzieci odziedziczyły Pani talent?
      Janek ma już prawie 14 lat i całe dnie spędza przy komputerze. Właściwie nie trzeba w ogóle po nim sprzątać, bo tylko je, śpi i nie odrywa się od klawiatury. Poza tym trenuje jazdę na rolkach oraz karate. Choć wolałabym, żeby tego nie robił, bo wiem, ile grozi mu kontuzji. Kiedyś byłam na wycieczce za granicą, dzwonię do domu - akurat w piątek trzynastego - odbiera Oliwka i słyszę: “Janek? Jest w szpitalu. Jeździł na rolkach i spadł z rampy….” Okazało się, że miał wstrząs mózgu. A Oliwka mówiła to z pełnym spokojem, jakby takie wypadki działy się codziennie… Oczywiście zaraz wsiadłam w samolot.
      Rolki to niebezpieczny sport. Ale wiem, że gdybym Jankowi zakazała jazdy, tym bardziej by go to pociągało. To chłopak, ma niespożytą energię. I z dwojga złego wolę, żeby wyżywał się w sporcie, niż w domu na Oliwce…
    • A Oliwia?
      Oliwka to słoneczko w domu. Ma 10 lat i zawsze jest uśmiechnięta. Może dlatego, że jest wodnikiem, a to taki beztroski, wyluzowany znak…
    • Wierzy Pani w horoskopy?
      Podchodzę do tego z dystansem. Ale gdy kogoś poznaję, zwracam uwagę na jego imię. Zastanawiam się, jakie mogą się z nim wiązać cechy charakteru. I często to się sprawdza. Na przykład Tomek to wielbiciel piękna. Raczej niestały w uczuciach, bo zbyt ubóstwia kobiecą urodę… A Roberci są z reguły bardzo atrakcyjni fizycznie.
    • Imię dla córki też wybrała Pani ze względu na jego znaczenie? Bo Oliwia to jednak nie pospolita Ania czy Kasia…
      Oliwka miała być Kasią… Sprzeciwiłam się w ostatnim momencie. Kiedyś poznałam małą dziewczynkę, która mnie niesamowicie urzekła. Miała na imię właśnie Oliwia. I później zawsze, gdy o niej myślałam wiedziałam, że jeśli kiedyś będę miała córkę, nazwę ją właśnie Oliwia…
    • A co oznacza imię Dorota?
      Dorota? Podobno często spełnia się w sztuce. Ale nie pragnie klasycznej kariery: pieniędzy, sławy w mediach. Z reguły wybiera awangardę.

    Anna Mucha - Od karalucha do… Marleny Dietrich

    24-03-2006

  • Zacznijmy od “M jak Miłość”: jaka, według Pani, jest Madzia? Mogłybyście się zaprzyjaźnić?
    To normalna, sympatyczna dziewczyna z miasta. Lubi odkrywać nowe rzeczy, eksperymentować… Tak, myślę, że mogłybyśmy się zaprzyjaźnić. Szkoda tylko, że nie studiuje już z Kingą i Kamilem.

  • Wiem, że lubi Pani podróże - zwłaszcza egzotyczne. Zdarzają się na wyjazdach sytuacje, które naprawdę Panią zaskakują? Coś, co przyprawia o zimny dreszcz?
    W Izraelu, niemalże na moich oczach, zastrzelono dziewczynę. Muzułmankę, która pod Ścianą Płaczu rzuciła się z nożem na modlącego się Żyda. Tam nikt się nie zastanawia: egzekucja następuje od razu. Drugi szok przeżyłam w Indiach. Znajomy, który nas tam gościł, wyjątkowo wolno jeździł - co nas zdziwiło, bo tam wszyscy pędzą jak wariaci. Zapytaliśmy więc, dlaczego? Okazało się, że kiedyś chłop, którego mijał jadąc szosą, rzucił mu pod koła dziecko. Po prostu: nie miał pieniędzy, żeby wyżywić kolejną gębę w rodzinie, więc się jej pozbył. I sprawa nawet nie trafiła do sądu! Zresztą w Indiach szokuje nawet sposób, w jaki ludzie podróżują. Do autobusu mieści się chyba setka ludzi: uwieszeni z boku, z tyłu, na dachu, z tobołkami i kurami…

  • Podobno w podróży nie boi się Pani próbować żadnej lokalnej atrakcji - zwłaszcza kulinarnych…
    Dwa lata temu w Tajlandii w Wigilię jadłam karaluchy. Iście postne danie. Robaczki były pieczone na grillu, w sosie sojowym; rodzaj miejscowych “chipsów”. Ale widać było wszystko: nóżki, pancerzyk… Nawet smakowały do momentu, gdy nachyliłam się do fontanny, a z trawy wyskoczył… żywy karaluch. Wtedy nie wytrzymałam! Powiedziałam: “Nie, ja już dziękuję…”.

  • Jakie pamiątki wybiera Pani na wyjazdach? Turystyczną masówkę?
    Z bliskich podróży - np. z Włoch - często przywożę sobie ciuchy. A poza tym uwielbiam gotować, więc moje walizki uginają się od butelek z oliwą, wina, serów, makaronów… Za to gdy jadę gdzieś dalej, lubię przywieźć coś, co ma związek z kulturą. Na przykład rzeźby.

  • A właśnie, rzeźby… To prawda, że planuje Pani zrobić odlew swojego ciała?
    No cóż… Oprócz tego, że bywam miła i sympatyczna, jestem też egocentryczna i zakochana w sobie! (śmiech) Ale nie postawię przed domem posągu w rodzaju “sikająca Anna w fontannie”. Cały czas mam za mały ogród … Nie pomaluję swojej podobizny na złoto i nie umieszczę w jadalni! Kiedyś zobaczyłam odlew twarzy Marleny Dietrich - myślę, że to w jakiś sposób mnie zainspirowało. Ciało, jako temat sztuki, mnie fascynuje. W tej chwili jestem piękna. Nie dlatego, że mam takie, a nie inne wymiary czy rysy twarzy. Po prostu istnieję: żyję, uśmiecham się, jestem szczęśliwa. I to właśnie chciałabym uwiecznić. Ale na razie powstał jedynie odlew mojej stopy.

  • Jeździ Pani na snowboardzie, skacze ze spadochronem, lata na paralotni, chodzi po jaskiniach, nurkuje… Jest w ogóle coś, czego się Pani boi?
    Hmm… Jestem rasową Muchą. I, jak każda mucha, mam gigantyczną arachnofobię! Szczura, mysz, węża wezmę do ręki bez najmniejszego problemu. Ale na widok pająka mnie paraliżuje!

  • Pociąga panią niebezpieczeństwo? Ryzyko, że każdy skok albo lot może być tym ostatnim?
    Nie. Gdy wiem, że coś zależy ode mnie albo od sprzętu, mam pełne zaufanie. Za to w biały dzień, na ulicy, zdarzają się sytuacje, gdy czuję więcej adrenaliny, niż skacząc ze spadochronem! Kiedyś, na planie “Panny Nikt”, mężczyzna z tłumu zaatakował mnie nożem. Bez powodu. Zdjęcia do filmu, generalnie, przyciągają - oprócz ekscentryków, którzy stanowią część ekipy filmowej - wariatów, którzy są poza planem. Wtedy uratowała mnie koleżanka - nagle popchnęła mnie na bok. Miała refleks: tuż za mną stał facet z taaakim nożem! I jak to porównać do lotu na paralotni? Przecież tam jestem wyzwolona, czuję wiatr, podziwiam góry… To zachwycające!

  • Ostatnie pytanie. W Internecie wyznała Pani, że wierzy w magię liczby 26…
    Bo urodziłam się 26 kwietnia. I w Lotto też za każdym razem zakreślam 26.

  • I…?
    I nic. Ale pamiętam, że gdy lecieliśmy do Indii - akurat na moje 18 urodziny - w samolocie dostałam siedzenie nr 26 i w hotelu też wylądowałam w pokoju 26. A 26-tego kwietnia, po kilku dniach pobytu w Indiach, trafiłam do szpitala z powodu zatrucia pokarmowego, nota bene. Leżałam na sali, oglądałam w telewizji losowanie totolotka i gdy miała wypaść ostatnia cyfra pomyślałam: “No jasne, będzie 26…”. I wypadło!
  • Marcin Bosak - Potwornie empatyczny

    24-02-2006

  • Dopadła cię już serialowa popularność? Widzowie rozpoznają cię na ulicy?
    Zdarza się, że ktoś rzuci z boku jakiś komentarz… Ostatnio miałem np. taką nieprzyjemną sytuację na spacerze z Moniką, moją dziewczyną. I tutaj “pozdrawiam” wszystkich łebków, którzy wśród kolegów czują się wielcy i za wszelką cenę chcą się popisać! Sami nigdy nie odważyliby się kogoś obrazić. Ale w grupie, to co innego…

  • Nie boisz się, że później będzie jeszcze gorzej? Że widzowie będą cię kojarzyć tylko i wyłącznie jako “złego” Kamila?
    Wiesz, fizjonomię mam taką, a nie inną - i aniołków raczej grać nie będę… Chyba, że w jakimś eksperymencie. Ale nie mogę narzekać: mam propozycje i to grania bardzo różnych postaci. Poza tym, przy każdej roli można się czegoś nauczyć…

  • I czego nauczyłeś w “M jak Miłość”?
    Bardzo dużo - zwłaszcza, gdy chodzi o kontakt z kamerą. I przekonałem się, że trzeba grać bez ściemy. Na sto procent. Bo inaczej aktor wypada po prostu pretensjonalnie.

  • Trzy cechy charakteru, które łączą cię z Kamilem?
    Bywam porywczy. Ale wiem, że negatywna energia nie jest dobra, więc sam staram się trochę “ułagadzać”. Poza tym lubię chodzić na imprezy - i to bardzo… No i, oczywiście, uwielbiam kobiety! Z przyjemnością zawieszam na nich oko… Zresztą moja dziewczyna o tym dobrze wie.

  • A cechy, które was dzielą?
    Wierność. Lubię kobiety, ale to nie znaczy, że przeskakuję z łóżka do łóżka! No i myślę, że nie jestem aż takim egoistą…

  • No a dzieci? Chciałbyś je mieć? Dużo? Pytam, bo spora część twojej roli w serialu dotyczy ojcostwa…
    Nie wiem, czy dużo, ale na pewno dzieci chcę mieć. Zresztą ktoś mi powiedział, że aktorstwo to właśnie powrót do dzieciństwa. Bo dzieci mają świeże spojrzenie na świat. Są czyste - nie brudzą ich te wszystkie “dorosłe” gierki, czy układy…

  • Masz jakieś hobby? Sposób na relaks?
    Kiedyś trenowałem karate - tak z osiem, dziewięć lat. To pasja, którą przelał na mnie tata. Teraz ćwiczę tylko dla przyjemności, ale mam jedno marzenie… Chciałbym mieć katanę - ręcznie robiony miecz samurajski. A że w Europie jeszcze takiego nie widziałem, muszę kiedyś pojechać po niego do Japonii…

  • Trenujesz karate tak “sobie, a muzom”, czy jednak przydało już ci się w ciemnej ulicy?
    Wiesz, Bruce Lee powiedział kiedyś, że najlepsza droga to “sztuka walki - bez walki”. I dlatego jest moim autorytetem. Bo zabić człowieka, to nie problem. Jeśli ktoś wie, gdzie uderzyć, wcale nie potrzebuje do tego dużej siły. Tylko, po co to robić? Ja - generalnie - wolę, żeby ludziom było dobrze i żeby się uśmiechali, a nie żeby się prali po mordach…

  • Zawsze chciałeś być aktorem? Już od dziecka?
    Nie, był okres, gdy myślałem, że zostanę zawodowym karateką - bo byłem w kadrze młodszych juniorów. Później przez jakiś czas chciałem być lekarzem… Ale od liceum myślałem już o aktorstwie. Chociaż, gdy nie dostałem się do Filmówki w Łodzi, przez rok studiowałem zaocznie dziennikarstwo. I ten rok bardzo mi się przydał - spokorniałem. Wtedy wyobrażałem sobie, że jestem “Artystą”. Za to teraz, gdy słyszę wyraz “artysta”, od razu zapala mi się czerwona lampka…

  • Myślisz, że studia aktorskie rzeczywiście są potrzebne? W Hollywood jest przecież wielu aktorów, którzy zaczynali karierę niemal z ulicy. Może nie dostają od razu Oskarów, ale jednak filmy kręcą…
    Wiesz, dla mnie bycie aktorem to ciągła droga. Stale musisz się czegoś uczyć. Oczywiście, można pracować w tym zawodzie i bez szkoły. Ale nie w teatrze - bo tam technika jednak się przydaje…

  • Gdybyś miał sam siebie opisać - tak w pięciu zdaniach… Jak Bosak widzi Bosaka?
    Wysportowany koleś, 1 metr 77 cm - czyli nie tak strasznie dużo… Który jest (chyba) miłym facetem i chce spotykać i poznawać fajnych ludzi. Generalnie, szybko zapalam się do nowych projektów. Mam w sobie jakąś “ideę rewolucji” - po prostu, chciałbym zmienić świat… No i jestem “zakorzeniony”w rodzinie.

  • A rodzina to…
    Mama, tata, siostra, moja dziewczyna Monika, jej siostra… To “moi” ludzie. Oni są dla mnie najważniejsi. Nie mówiąc już o rodzinie dalszej: dziadkach, ciociach…

  • Mógłbyś dokończyć zdania? Mam nadzieję…
    …Że w tym kraju w końcu coś się zmieni. Że ludziom będzie łatwiej żyć. Bo sam, w trakcie studiów, nie zawsze miałem co jeść. I wcale się tego nie wstydzę. Studiując, nie miałem szans, żeby jakoś dorobić. A rodzice, choć bardzo się starali, też nie zawsze mogli mi pomagać. Ale miałem szczęście: spotkałem kilka wspaniałych osób… W tym jedną z moich profesorek - byłem jej winien ogromne pieniądze, ale i tak nie zwracała na to uwagi. Po prostu we mnie wierzyła.

  • Boję się…
    Jak każdy: samotności.

  • Moje ulubione miejsce w domu…
    Lubię być w kuchni. Podobno, gdy człowiek dobrze czuje się w kuchni to znak, że w domu jest dobrze rozłożona energia.

  • Za dziesięć lat…
    Będę miał trzydzieści pięć, więc będę jeszcze młodym kolesiem! Na pewno chciałbym trochę podróżować… I żeby wciąż otaczali mnie ci sami ludzie, co teraz. Nie wiem, może będę już miał dziecko?

  • A jeśli podróże, to dokąd? Oczywiście, poza tą wymarzoną Japonią…
    Bardzo bym chciał pojechać na wschód: do Batumi, do mojej “przyszywanej” siostry, która jest Ormianką. Kiedyś dała mi amulet, z zaszytą w środku modlitwą, który dzisiaj chroni mnie od złych duchów…

  • Często go nosisz?
    Zawsze. Zdejmuję tylko do kąpieli, bo nie można go moczyć. Noszę go, bo - mimo, że nie chodzę do kościoła - jestem człowiekiem wierzącym. No i dla ochrony.

  • Naprawdę wierzysz w złe duchy?
    Skoro na świecie jest dobro, to musi być i zło. Może jakaś negatywna energia, która pozostała po ludziach, którzy odeszli?…

  • Rozumiem, że nie kupiłbyś np. pięknego domu - i to po rewelacyjnie niskiej cenie - wiedząc, że mieszkał w nim wcześniej morderca?
    Najpierw sprawdziłbym, jak ten dom na mnie działa. Gdy pierwszy raz wszedłem do mieszkania, które teraz wynajmuję, od razu poczułem, że to miejsce właśnie dla mnie. Jestem potwornie empatyczny!

  • Tak ogólnie, czy zdarza ci się wyczuć coś konkretnego? Np. czyjąś obecność?
    To, co teraz powiem, jest bardzo intymne… Mam pewnego rodzaju kontakt z dziadkiem, który już nie żyje, ale który za życia był mi bardzo bliski. Wiem, że gdzieś tam nade mną czuwa. Czasem nawet pewne rzeczy mi sugeruje… Może to nic konkretnego, ale ja tak właśnie to odczuwam.
  • Andrzej Precigs - Polska - Szwecja 1:0

    24-01-2006

  • W postać Filarskiego wciela się Pan już od ponad dwóch lat. Czy dzięki temu pracuje się łatwiej? Zna Pan swojego bohatera tak dobrze, że granie go to już rutyna?
    Wprost przeciwnie! Nie wiem, może dlatego, że prywatnie też nigdy nie wpadam w rutynę? Więc zawodowo tym bardziej nie mógłbym tego robić! Przy każdej kolejnej scenie czuję, że to wielka niewiadoma. Coś, co mnie intryguje. Zresztą Filarski kilkakrotnie się w serialu zmieniał. Po prostu - jak prawdziwi ludzie - nie zastyga na jednym etapie życia. Sporo przeszedł: fakt, że Kinga znalazła sobie chłopaka, jej wypadek samochodowy, potem kłopoty zdrowotne… Nagle, w dość ustabilizowanym życiu rodziny, pojawiły się nowe elementy, z którymi nie do końca umiał sobie poradzić.

  • Bądźmy szczerzy: jest po prostu despotą!
    Na pewno Filarski balansuje na granicy. Zwłaszcza w stosunkach z córką, bo z żoną dogadują się o wiele lepiej: widać, że ona trochę mu ustępuje, nie chce go drażnić… Jest w jakimś sensie despotyczny, chce ingerować w życie bliskich, ale to nie wynika z jego złego charakteru. Zawsze, wcielając się w jakąś postać, staram się wyobrazić ją sobie jako bohatera pozytywnego. Bo nie ma ludzi, którzy sami o sobie mówią, że są źli! Nawet, jeśli człowiek jest zwyczajnym łotrem, ma poczucie, że działa słusznie.

  • Zdarza się, że musi się Pan tłumaczyć za błędy Filarskiego? Fani zapominają o granicy między serialem a rzeczywistością?
    Oczywiście! Nawet sąsiedzi popatrują na mnie podejrzliwie: bo niby sympatyczny, a okazuje się, że taki despota! Zresztą dalsza rodzina, gdy przysyła mi na święta życzenia, też prosi, żebym już nie był taki zgryźliwy… Ale na tym polega mój zawód. Aktor gra po to, żeby widza poruszyć, wciągnąć w magię swojej postaci.

  • W takim razie to będzie pytanie dla wszystkich, którzy uparcie mylą Pana z bohaterem serialu: najważniejsza cecha charakteru, jaka różni Pana od Filarskiego?
    Chaos i bałaganiarstwo. Towarzyszą mi w życiu od zawsze. Trochę się ich obawiam i staram się nad nimi panować, ale to raczej walka z wiatrakami…

  • Filarski nie jest może sympatyczny, ale mieści się w “normie”. Nikogo nie zabił, nie jest pedofilem ani chorym na AIDS… Przyjąłby Pan rolę, która wzbudzałaby jeszcze więcej negatywnych emocji? Nie obawiałby się Pan reakcji widzów?
    Na razie takie wyzwania się przede mną nie pojawiały. Ale nie, nie boję się ukazywania rzeczy, które mogą w nas tkwić po tej złej, ciemniejszej stronie. Bardziej obawiam się po prostu złego gustu. Albo tego, że nie uda mi się dobrze, prawdziwie takiej postaci wykreować. Aktor nie może być banalny. Bez płacenia wysokiej ceny, nie stworzy nic ciekawego. A widownia od razu wyczuwa, gdy ktoś jest “miałki”. To jak z przyjaźnią: człowiek ma wielu znajomych, ale tylko nieliczni zasługują na jakieś głębsze uczucie.

  • Wiem, że zajmuje się Pan reżyserią dubbingu w polskich wersjach gier komputerowych…
    Tak, praca przy tworzeniu gier to wielka frajda. Zwłaszcza, że tam mogę dużo więcej, niż jako aktor: sam decyduję, kogo zaprosić do współpracy, to ode mnie zależy efekt końcowy… A w dodatku gry komputerowe to ogromny rynek. Okazuje się, że na świecie dużo więcej ludzi gra na komputerze, niż ogląda filmy w kinie czy telewizji…

  • A Pan? Też siada do komputera i wali w klawiaturę?
    Oczywiście! Gdyby mnie to nie bawiło, to bym się w ogóle tym nie zajmował!

  • I nie boi się Pan, że gry komputerowe są konkurencją dla innych form rozrywki? Że kiedyś odciągną widzów od tradycyjnej sztuki?
    Nie. Żyjemy w świecie, w którym przygodę z ruchomym obrazem zaczyna się w bardzo młodym wieku. Ale to nie znaczy, że gry odrywają ludzi od czegoś lepszego: teatru czy kina. Jeżeli, to mogą tylko pobudzać naszą wyobraźnię…

  • Mówi się też, że gry komputerowe uczą dzieci agresji...
    Myślę, że kiedyś, gdy w ogóle nie było środków przekazu, życie wcale nie było mniej brutalne. Przed wiekami, gdy wiadomości nie przekazywano przez Internet albo radio, tylko wysyłano konnych posłańców, dzieci na co dzień widziały dużo gorsze sceny od tych, jakie teraz są na ekranie komputera… Zresztą każde pokolenie narzeka: “Ach, ta młodzież! Z nich, to już nic dobrego nie wyrośnie!”. Ale to wcale nie znaczy, że XXI wiek to wylęgarnia czarnych charakterów! Świat dziecka nie może być tylko słodki, kolorowy i disneyowski - bo świat dorosłych też taki nie jest. A człowiek, nawet ten mały, ma pewien instynkt, który pozwala mu zatrzymać się na granicy oglądania, czy nawet fascynacji złem, i nie przenosić agresji do prawdziwego życia.

  • Podobno pochodzi Pan z rodziny aktorskiej…
    Tak, mój tato był śpiewakiem, aktorem teatrów muzycznych. I nawet opowiadał mi - bo sam tego nie pamiętam - że jako dziecko grałem w “Madame Butterfly”, epizod małego chłopczyka. Ale później, przez długie, długie lata, wydawało mi się, że scena wcale mnie nie pociąga. Na krótko trafiłem na Uniwersytet - chociaż czułem, że to nie dla mnie - i studiowałem filologię polską. Ale w końcu przełamałem się. Nic nie mówiąc rodzicom - ani mru mru - pojechałem na egzamin do Filmówki. I dopiero, gdy już się dostałem, po powrocie z Łodzi, przyznałem, że aktorstwo jednak jest OK…

  • Ma Pan dość oryginalne, ale też trudne do zapamiętania nazwisko. Nie myślał Pan, zwłaszcza u progu kariery, żeby je zmienić na jakieś “wygodniejsze” dla widza?
    Tak, kilka osób mi to podpowiadało, ale jednak się nie zdecydowałem. Choć do dziś zdarzają się przez to śmieszne historie. Na przykład żona oddawała kiedyś do szewca buty. Szewc podpisywał je zwykle na zelówce. Ale gdy zaczął męczyć się nad moim nazwiskiem - co napisał, to musiał skreślić i poprawić - to mu tej zelówki zabrakło…

  • Precigs to chyba nie jest polskie nazwisko?
    Nie, skandynawskie. Mój dziadek ze strony taty był Szwedem. Przyjechał do Polski w interesach, w latach międzywojennych. Powiodło mu się tutaj, spotkał babcię… A po wojnie nie wrócił już do Szwecji, bo były problemy z wyjazdem. Poza tym większość tamtejszej rodziny wyemigrowała z kolei do Stanów. Ciekawostką jest, że razem z żoną dotarliśmy do dokumentów, z których wynika, że jej przodkowie bronili Polski podczas Potopu. Jeden wystawił nawet przeciw Szwedom własną chorągiew. Więc kto wie, może przed wiekami nasze rodziny walczyły przeciwko sobie na wojnie?

  • Zna Pan szwedzki?
    Nie, nigdy się go nie nauczyłem. Chociaż kiedyś próbowałem, chodziłem nawet na kurs językowy.

  • Ostatnie pytanie: w jakiej produkcji, oprócz “M. jak Miłość”, będą Pana mogli zobaczyć Pana w najbliższym czasie widzowie?
    Pojawię się np. w jednym z odcinków nowego, współczesnego serialu pt.: “Pensjonat”. Ale uprzedzam, że zagrałem tam zupełnie innego bohatera, niż Filarski!





  • Tokio Hotel | Doda | Techno | Koncerty | Lotto